Archiwum 01 listopada 2004


lis 01 2004 CEL doskonały
Komentarze: 3

Dzisiaj już było inaczej. Już nie potrafiłam się tak całkiem wyłączyć. Znowu czyjeś słowa wyprowadziły mnie z równowagi. Idę Piotruś, znowu do Ciebie. Ale spotykam ich. Para, w tym roku Carla z jakimś beznadziejnym facetem ubranym na jasno. Odwieczny lans, nawet tu i teraz. Od razu wielki sztuczny uśmiech przykleja się do mojej twarzy. Bo tak wypada. Krótka wymiana zdań ale nie potrafię opanować drżenia głosu. Oni to widzą, żegnamy się, pewnie boją się że zaraz wybuchnę. Znają mnie z temperamentu. Odwracam się i staram się iść w swoją stronę, ale mimowolnie słyszę:

-         Widziałeś co ona miała w uszach ?!

-         Jakieś błyskotki.

-         Diamenty!

-         No co ty kochanie, cyrkonie. No  chyba nie diamenty, takie wielkie?

-         Może masz rację, ale znając ją... to nie mogły być cyrkonie.

Już więcej nie słyszę, robi mi się słabo. Pocałujcie mnie w dupę za przeproszeniem. Diamenty. Łyso? Łzy same napływają mi do oczu. Tak proszę. Oceńcie mnie, no dawajcie. Zakłady, ile karatów. Może za rok na cmentarzu wam powiem. Nienawidzę ludzi. To oni zmuszają mnie do buntu. Jestem dla nich celem doskonałym.

 

‘Można mieć WSZYSTKO, a jednocześnie NIC. W tym żyć, to syf...”

 

Piotrek, ja już nie wiem. Nie chcę. Chcę tylko do Ciebie. Ból życia uśmierzam tabletką. Działa szybko. Uspokaja, wycisza. Powoli wszystko staje mi się obojętne. Złe obrazy znikają. Czuję, że zaraz zasnę... tylko jak się obudzę będzie gorzej. Wiem to. Dlatego, kolejna tabletka. Kolejna, kolejna, kolejna... tak nie można żyć. Muszę coś z tym zrobić, ale jeszcze nie dzisiaj...

‘A teraz śpij i zapomnij o tym co widziałeś, co słyszałeś, co przeżyłeś...’

n@ncy : :
lis 01 2004 LOS sam wybiera, bezkompromisowo jak HERA....
Komentarze: 3

Powstałam
Żyłam już od dawna, jednak dziś poczułam swe powołanie. Patrząc
w lustro ujrzałam cel. Nie wiem jeszcze, czym ON jest i gdzie
się znajduje, ale poczułam GO.
Wyszłam do świata. Tak. Do tego samego świata, którego
unikałam przez tyle lat. Poczułam bowiem, że cel mój leży gdzieś
w nim. Ironia losu. To, czego tak bardzo pragnę, leży w tym
miejscu, którego od początku świadomej części mego życia
nienawidziłam i którego się bałem.
W trzeciej godzinie marszu ujrzałam go. Nie wiem skąd, ale
wiedziałam, że to on. Postanowiłam iść za nim. A raczej
poczułam, że muszę.
Prowadził mnie przez całe ogarnięte codziennym chaosem miasto,
nieświadomy, zdawałoby się, mej obecności, a tym bardziej roli,
jaką spełniał w mym życiu.
Zatrzymaliśmy się przed olbrzymimi szklanymi wrotami, a on
odwrócił się i rzekł:
WIEM
Weszliśmy do jego królestwa. Niezliczone dni pokazywał mi jego
skarby. Widziałam cuda, o jakich mi się nie śniło. Owoce,
rosnące z powietrza; przedmioty napędzane myślą; maleńkie
urządzenia pozwalające dziecku unieść wieżowiec i wiele innych
rzeczy, których przeznaczenia lub zasady działania mogłam się
jedynie domyślać. O ile domyślenie się tego było w ogóle
możliwe. Mistrz, gdyż tak go w myślach ochrzciłam, rzadko bowiem
o swych wynalazkach opowiadał. Najczęściej szedł kilka metrów
przede mną i milczał. Nigdy jednak mnie nie popędzał. Gdy
zatrzymywałam się urzeczona czymś lub myśląc o jakimś cudzie,
który dokonywał się na moich oczach, on zatrzymywał się i czekał.
Nigdy też (z wyjątkiem dnia, kiedy pierwszy raz go ujrzałem, a
byłam wtedy zbyt podekscytowana, by coś zapamiętać) nie odwrócił
się twarzą do mnie.
Pewnego dnia zwrócił się do mnie mówiąc:
"Obejrzałaś już wszystko, co znajduje się w moim królestwie,
pracowni, warsztacie, czy jak tam określasz ten przybytek. Czas,
abyś wypełniła swój los."
Dopiero teraz zauważyłam, że jesteśmy w tym samym miejscu, z
którego wiele dni temu rozpoczęliśmy swoją wędrówkę.
Mistrz, po krótkiej pauzie mówił dalej:
"Weźmiesz tyle rzeczy, ile uznasz za słuszne i wyniesiesz do
świata. Na końcu drogi wyjaśnię ci ich działanie"
I znów ruszyliśmy przez świat tajemnic Mistrza.
Zabierałam wszystkie rzeczy, które wydały mi się przydatne, lub te, których
działanie mnie ciekawiło.
Już w połowie drogi mój bagaż był tak ciężki, że nie mogłam go
unieść.
A zdawało mi się, że przede mną dopiero najciekawsze.
Mistrz obrócił się (wtedy ujrzałam, że ma twarz młodzieńca) i
powiedział:
" Wrócimy teraz i zaczniemy od początku. Jeśli jednak i tym
razem ci się nie uda, zostaniesz tu jako jeden z wynalazków, aż
cię ktoś zabierze".
Poczułam, jak bardzo chcę stąd wyjść.
Zaczęliśmy więc od początku.
Zabierałam tylko te rzeczy, które uznałam za niezbędne. Gdy
doszliśmy do kresu naszej drogi, Mistrz położył wszystkie
zabrane przeze mnie przedmioty na wadze. Zasmuconym wzrokiem
spojrzał na szalkę i rzekł tymi słowy:
"To jest mniej niż sama ważysz. Zbyt mało z siebie chcesz dać
światu, za bardzo boisz się porażki."
I znów spojrzał na mnie. Wtedy zobaczyłem, że w młodzieńczej
twarzy osadzone są oczy starca.
Mistrz mówił dalej:
"Zostaniesz tutaj, jednak zanim odebrana ci zostanie dusza, możesz
zadać mi jedno pytanie."
-"Jak ci na imię?” - Spytałam, czując, że to jedna rzecz, na
której mi zależy.
- PRZEZNACZENIE  odparł Mistrz.
I wszystko się skończyło

n@ncy : :